Uczniowie chcą wiedzieć, że są dobrymi, pięknymi, wartościowymi ludźmi… i że są potrzebni…



W szkole pracuję trzynasty rok, uczę języka polskiego. Literatura, mówienie o niej innym, praca z dziećmi i młodzieżą są moją pasją. Przed rokiem pani dyrektor poprosiła mnie na rozmowę i zapytała, czy nie chciałabym podjąć kursu, ewentualnie studiów, dających kwalifikacje do uczenia przedmiotu wychowanie do życia w rodzinie, gdyż taka jest potrzeba, zarówno w szkole podstawowej, jak i w gimnazjum. Wszystko, co związane z rodziną, prawidłowym i pięknym jej funkcjonowaniem, zawsze zajmowało moją uwagę i było dla mnie szczególnie ważne, zaś sprawy drugiego człowieka, zwłaszcza tego wkraczającego w dorosłość, kształtującego się, uczącego się świata, siebie, stawiałam sobie za priorytet w mojej pracy wychowawczej. Jestem żoną, matką i wiem, jak ważna jest zdrowa rodzina i relacje między małżonkami, dziećmi, dziećmi i rodzicami. Bez większego zastanawiania się wyraziłam zgodę, nie ukrywając przy tym ogromnej radości, gdzieś chyba w podświadomości czułam, że rozpoczyna się w mojej pracy coś nowego i wspaniałego.
 
Przez niespełna rok przeżywałam ogromną fascynację kursem WdŻwR, jak i studiami podyplomowymi. Chłonęłam wszystko, co przekazywano nam na zajęciach. Kończyłam polonistykę, więc wiele zagadnień z dziedziny biologii, medycyny było mi nieznanych, tym bardziej rosło moje zainteresowanie. To zaskakujące, ale odkrywałam jak gdyby na nowo wspaniałość natury ludzkiej z całą jej złożonością. Nie zdawałam sobie wcześniej sprawy, że ulegnę nowej pasji i fascynacji. 
 
Kurs i studia dobiegły końca, nie ukrywam, że gdzieś w głębi duszy czułam pewien niepokój i zadawałam sobie pytania, jak też to wszystko będzie wyglądało w praktyce, gdy przyjdzie mi się zetknąć np. z gimnazjalistami, którym wszystko to, co związane z ludzką seksualnością, jest już w pewnym stopniu znane, niekoniecznie w takiej formie i przekazie, jak tego byśmy sobie życzyli, my rodzice, nauczyciele, wychowawcy…
 
Cały czas powtarzałam sobie, że ja muszę być dla nich, poświęcić im mój czas, uwagę, poważnie traktować każde ich pytanie i każdy ich problem, przede wszystkim muszę zdobyć ich zaufanie.
 
Już po pierwszych lekcjach byłam niezwykle miło zaskoczona niemalże stuprocentową frekwencją!  5 uczniów z wszystkich oddziałów zrezygnowało, ale wynikło to z pewnych sytuacji niezależnych od nich. Wszyscy wiemy, że te zajęcia są zwykle na ostatnich godzinach i uczniom nie zawsze chce się zostawać, a mimo to wszyscy zostają. Największe obawy miałam, gdy na początku września zobaczyłam na planie zajęć, że klasa III gimnazjum ma te zajęcia w piątek na lekcji 7 – i tutaj spotkała mnie najpiękniejsza niespodzianka – uczniowie pojawiają się niemalże w stuprocentowym składzie, przychodzą czasami nawet ci, którzy zrezygnowali z zajęć. Dodam, że ta klasa, a więc III, zwłaszcza chłopcy, są grupą najaktywniejszą, zajęcia z tymi uczniami są prawdziwą przyjemnością, 45 minut mija w mgnieniu oka. Patrząc na te minione 3 miesiące stwierdzam, że nie wyobrażałam sobie, że lekcje wychowania do życia w rodzinie we wszystkich klasach będą mi dostarczały tyle satysfakcji, staną się dla mnie samej tak bardzo mobilizujące. I co najważniejsze, zrozumiałam, jak bardzo są one potrzebne. Wiadomo, że każdy zespół klasowy jest inny i trzeba dostosować się do klimatu i potrzeb danej grupy, nie ma jednak grupy, w której dostrzegłabym jakieś zniechęcenie czy znudzenie. Zarówno uczniowie szkoły podstawowej jak i gimnazjaliści są przede wszystkim spragnieni rozmów, uczniowie mają mnóstwo pytań, wątpliwości, problemów, z którymi nie potrafią się sami uporać i potrzebują. żeby ktoś ich wysłuchał, odpowiedział na nurtujące, czasami bardzo wstydliwe dla nich pytania, pomógł, a czasami po prostu dał im odczuć, że są dobrymi, pięknymi, wartościowymi ludźmi… i że są potrzebni… Po tych minionych miesiącach powtarzam każdemu, że to nieprawda, co się mówi o gimnazjalistach, że są tacy trudni, pozbawieni zasad, przesiąknięci tym, co złe itp. To są wspaniali ludzie, z którymi trzeba umieć rozmawiać o ich seksualności, wszystkich problemach związanych z okresem dojrzewania, niejednokrotnie trzeba wyjaśnić, wyprostować to, co przeczytali w Internecie, usłyszeli gdzieś lub ktoś im powiedział. Zdobycie zaufania każdej klasy i każdego ucznia indywidualnie oraz bycie prawdziwym, autentycznym – to połowa sukcesu, a może nawet więcej. Uczniowie to doskonale czują. My, nauczyciele nawet sobie nie zdajemy sprawy z tego, jak trafnie nas rozszyfrowują, oni doskonale wiedzą, komu ile mogą powiedzieć. 
 
Nigdy nie przypuszczałam, że tak swobodnie będę rozmawiała z uczniami na temat seksualności człowieka. Już na pierwszych lekcjach usiłowałam ich przekonać, że nie wstydzę się z nimi rozmawiać, podejmować tematy, na które z nikim innym nie porozmawialiby i to, co tak ważne, uświadomiłam im, że nasza seksualność i seks nie jest czymś złym, strasznym, zakazanym, tylko musimy się nauczyć o tym w odpowiedni sposób  mówić, poznać swoją seksualność, przede wszystkim uświadomić sobie, czym jest w naszym życiu. Uczniowie znają mnie i doskonale wiedzą, że nie toleruję wulgaryzmów w ich pytaniach. Nie ma złośliwości, jakiegoś „wypuszczania” nauczyciela. Jestem pełna podziwu dla ich odwagi, umiejętności pokonania własnego wstydu, jeżeli chodzi o stawiane pytania, czy to ustnie czy anonimowo na kartkach. Widzę, że pytają. Zaskakuje mnie także dojrzałość wielu chłopców, mam tutaj na myśli wspominanych już przeze mnie uczniów klasy III. Zadaję im czasami jakieś pytania dotyczące bardzo istotnych spraw i słysząc odpowiedzi, w myślach mówię sobie, że to przecież niemożliwe, by się przygotowali… 
 
Nie mam absolutnie problemu z dyscypliną, 45 minut mija w mgnieniu oka, czasami udaje mi się gdzieś podsłuchać, że te zajęcia są teraz rewelacyjne, dziewczęta szepczą, że nie poznają chłopców – jest to miłe i budujące, mobilizuje mnie, aby jeszcze więcej dawać tym uczniom, aby wciąż poszerzać swoje kompetencje. Paru rodziców powiedziało mi, że nie rozumie, dlaczego dzieci przestały prosić o zwalnianie z tego przedmiotu. Właśnie w klasie III, w której ze względu na to, że raz wypadła mi w piątek wyjazdowa konferencja, innym razem konkurs, a w kolejnym tygodniu było Wszystkich Świętych – na kolejnych zajęciach jeden z uczniów powiedział: „Proszę pani, nie wyobraża sobie pani, jak bardzo nam brakowało tych zajęć…”, ktoś inny zaproponował, żeby zrobić je dodatkowo, gdy czekają na świetlicy, czasami chłopcy czy też dziewczynki nie chcą iść do domu, gdy zajęcia są w grupach, tylko proszą, czy mogą zostać, mówiąc, że te sprawy przecież wszystkich dotyczą. 
 
Wszystko, co teraz piszę, pokazuje, że te zajęcia mają sens, są potrzebne, bardzo potrzebne, satysfakcję może mieć uczeń i nauczyciel. Ci młodzi ludzie tak bardzo potrzebują, żeby ktoś dostrzegł ważność ich problemów. To, co nam może wydawać się niczym, dla nich w tym momencie ich życia jest najważniejsze. 
 
Nasunęła mi się jeszcze jedna refleksja, zahaczająca już może nieco o moje prywatne życie. Ci młodzi ludzie muszą też w nas, dorosłych, zobaczyć naszą autentyczną radość, uwierzyć w to, że dorosły człowiek może być szczęśliwy. Podczas lekcji z gimnazjalistami jedna uczennica ot tak, po prostu, powiedziała do mnie: „Pani ma wspaniałą rodzinę, takie udane małżeństwo. Po pani zawsze widać, że jest pani taka szczęśliwa…”  Wiem, że to często jest niezależne od nas, ale młodzież musi zobaczyć, że to, o czym mówimy, to nie jest tylko teoria, ale że można to przełożyć na życie.
 
Joanna Wołoszyn

fot. www.pixabay.com/jarmoluk